Czy Google zostanie mecenasem oświaty?
W ubiegłym tygodniu dostałem list od kilku absolwentów mojego liceum, którzy aktualnie pracują w Google. Zwykła informacja o konkursie programistycznym dla uczniów. Jednak nie mogłem oprzeć się pokusie i nawiązałem dialog z nadawcą. Podziękowałem za odrzucenie moich aplikacji, bo dzięki temu mogę teraz uczyć w szkole, którą sam kończyłem. Odpowiedź jaką dostałem zburzyła mój wewnętrzny spokój. Otóż zaproponowano mi przysłanie CV w celu ponownego rozpatrzenia i ewentualnie umówienia na rozmowę.
Sytuację można porównać ze złapaniem Boga za nogi. Wszyscy wiedzą, że Google najlepszym pracodawcą jest. Nie lubię jednak wykorzystywać znajomości (tak, jeszcze jestem idealistą). Skoro odrzucili mnie wcześniej, to jeśli teraz by mnie przyjęli, to tylko po znajomości. Poza tym znów musiałbym się przeprowadzać (choć perspektywa powrotu do Wrocławia przyspiesza mi puls). Dodatkowo uwielbiam pracę w mojej szkole. Panuje w niej niesamowita atmosfera, specyficzny kameralny urok.
Nie mogłem się jednak powstrzymać przed spisaniem pomysłów, które zrodziły się w mojej głowie podczas rozważań nad ofertą. Doszedłem do wniosku, że Google mógłby stać się mecenasem polskiej edukacji. Nie od dziś wiadomo, że to właśnie z Polski (i jeszcze Rosji) pochodzą najlepsi światowi programiści. Dlaczego więc nie stworzyć sieci prywatnych szkół dla najlepszych? Nauka powinna być w nich darmowa, żeby każdy mógł pobierać nauki bez względu na status materialny. Jednak trafiać do niej powinni tylko najwybitniejsi - selekcja mogłaby się odbywać choćby przez specjalnie skonstruowane egzaminy. Kadra nauczycielska też powinna być specjalnie dobrana. Reasumując: Google z powodzeniem mogłoby stworzyć sieć szkół dla wybitnych, w której szkoliłoby sobie narybek, a nauczyciele w końcu zarabialiby godziwie. Przy okazji byłby to bardzo mocny sygnał, że szkolnictwo jest nadzieją dla społeczeństwa. Bo bez dobrze opłacanych nauczycieli coraz trudniej o dobrze wyszkolone kadry, a bez kadr coraz trudniej o intensywny rozwój gospodarki. Ciekaw jestem co mi odpiszą ;)


Nie wróżę takiemu rozwiązaniu dużego powodzenia. Po pierwsze: wybitne jednostki preferują niezależność, wolą nie przywiązywać się do dużej korporacji, a uważam że skończenie takiej szkoły implikuje jednak pewnie przywiązanie.Coś mi mówi, że w razie chęci zmiany pracodawcy inne firmy będą preferować ludzi, którzy skończyli politechniki niż jakiś dziwny przykorporacyjny twór, którego nikt nie kontroluje i jest finansowany z googlowej kiesy. Po drugie, ta chęć niezależności wśród "dobrych" sprawiałaby, że do takiej uczelni ciągnęłyby raczej jednostki przeciętne, zwabione perspektywą łatwej kariery w google. A wybitni pośród przeciętnych to chyba nie to, o co chodzi w tym przedsięwzięciu. Poza tym: jak selekcjonować wykładowców i przede wszystkim - jak ich zachęcić do wykładania w takiej szkole? W grę na pewno wchodziłyby niemałe pieniądze, a gdzie w grę wchodzą pieniądze, zaczynają się manipulacje. Uczelnia jako niezależna instytucja to moim zdaniem dużo lepsza perspektywa.