Piractwo czy promocja?
Ostatnimi czasy zastanawiałem się nad sensownością zwalczania wymiany plików muzycznych poprzez internet. Wytwórnie twierdzą, że to im obniża sprzedaż (czyli zyski), artyści na tym tracą i w ogóle smród i ubóstwo. Z drugiej strony wypowiadają się zwykle ludzie, którzy twierdzą, że to bzdura i straty wytwórni są wyssane z palca.
Po wielu przemyśleniach muszę zgodzić się ze stroną popierającą wymianę plików. Powodów jest kilka. Po pierwsze wytwórnie sugerują, że człowiek, który ściągnął plik z sieci z pewnością nie kupi płyty i na tej podstawie za każdego ściągacza dodają sobie jedną płytę straty. Cały dowcip polega na tym, że nie ma żadnej gwarancji, że ów człowiek miałby w ogóle ochotę kupić rzeczoną płytę. Jeśli dajmy na to poszedłby do empiku odsłuchać płytę i by mu się nie spodobała, to by jej nie kupił. Jeśli usłyszałby ją u kumpla, a nie miał kasy na zakup swojej, to by po prostu ją skopiował (no, wiadomo, że nielegalnie, ale zrobiłby to tak czy siak). Jak widać wymiana plików przez internet nie ma tu wielkiego znaczenia.
Po wtóre uważam, że wymiana (nawet nielegalna) plików przez internet przyczynia się do popularyzacji nowych twórców. Nie wspomnę już o edukacji kulturalnej internautów. Za przykład mogę podać siebie - patrząc z perspektywy czasu, gdyby nie wymiana plików przez Internet, to byłbym teraz muzycznym neandertalem. Poznałem setki nowych zespołów. Ba! Poznałem cały nurt muzyczny, o którym nie miałbym zielonego pojęcia, a w którym zakochałem się bez pamięci - mam tu na myśli post rock i okolice w stylu noise rock, shoegaze, math rock, drone, sludge.
Po trzecie - wymiana plików przyczynia się do wzrostu sprzedaży płyt z dobrą muzyką. Oczywiście przede wszystkim u ludzi bardziej świadomych tego jak działa cała artystyczno-wydawnicza machina. Odkąd zostałem współautorem książki i dostaję kasę za to, że ktoś kupuje "mój" podręcznik, zacząłem innym wzrokiem patrzeć na wszystko. Tzn. już wcześniej wiedziałem, że należy kupować oryginały tego, co się najbardziej podoba. Współautorstwo podręcznika jedynie ugruntowało ten pogląd. Tak więc kupuję oryginały tych artystów, którzy najbardziej zawrócili mi w głowie - mimo że mam na dysku pliki z ich utworami zgrane w jakości CD. Staram się też chodzić na koncerty. Ale nie robiłbym ani jednego, ani drugiego, gdybym nie wymieniał się muzyką przez Internet! Czyli wychodzi na to, że wymiana plików przyczyniła się do wzrostu sprzedaży - artyści zyskali kolejnego fana. Ilu jest ludzi podobnych do mnie? Podejrzewam - ba, jestem pewny - że niemało.
Oczywiście wytwórnie mogą tracić z powodu wymiany plików. Jednak same są sobie winne, bo sprzedają chłam. No bo przepraszam bardzo, ale jeśli ściągnę płytkę artysty, którego wcześniej lubiłem (możnaby się posłużyć przykładem Szma... ekhm... Metaliki) i uznam, że jest to dzieło na poziomie szamba, to na pewno nie kupię albumu. Ale to raczej dlatego, że nie lubię kupować kota w worku. Tutaj znów wracamy do Empiku czy innego Media Markt. Jeśli podczas przesłuchiwania płyty na stanowisku uznałbym ją za kiszkę, to też bym jej nie kupił. Czemu nie zakazują stanowisk odsłuchowych? A może chodzi o coś innego? Szare tłumy, konsumenci plastikowej muzyki, faktycznie nie kupią czegoś, co ściągnęli - bo po co? Za dwa miesiące ktoś inny wyda ten sam kawałek z innym podkładem i innymi laseczkami zawodzącymi do wyprężonych mikrofonów. Zazwyczaj na albumach takich jednorazowych gwiazdeczek jest jeden chwytliwy kawałek, a reszta to zapychacze. Szaraczkowi wystarcza ten jeden kawałek, tylko tego szuka, chce wkręcić bita przed imprezką, opracować układ wymachów przed następnymi bałnsami i tyle. W sumie nie dziwię się, że żałuje kapuchy, bo nawet szaraczek, konsument plastikowej muzy, podświadomie czuje, że ta muza jest nic nie warta i nie chce kupować ścierwa. No jakże mi przykro! :-P
Polskie piekło
W tym kraju nigdy nie będzie dobrze, jeśli inicjatywy ludzi dobrej woli będą wiecznie torpedowane. Dość powszechnie znany jest przypadek człowieka, który rozdawał chleb ze swojej piekarni i został za to obciążony podatkiem VAT. Do coraz dłuższej listy podobnych spraw dołączyła w tym tygodniu kolejna - niestety związana z moją rodziną.
Moi dziadkowie od dobrych kilku lat prowadzą dom spokoju dla ludzi starszych, w którym pensjonariusze spędzają dni w luksusowych warunkach otoczeni troskliwą opieką. Niestety budynek, zaadaptowany dom dwurodzinny, nie spełnia wszystkich wymogów narzuconych przez przeróżne ustawy. Na domiar złego urzędnicy, zamiast pochylić się nad potrzebami ludzi i wspomóc inicjatywę np. dofinanswoując wymagane modernizacje, dołożyli karę 10tys. złotych za niespełnianie wymogów. Babcia stwierdziła, że woli odsiedzieć tę karę niż zapłacić, bo pieniądze są potrzebne na leki i żywność. Tydzień temu podjęto decyzję o zamknięciu placówki. Pensjonariuszy czeka przeprowadzka do żenującyh domów pomocy prowadzonych przez gminy. Ale w nich przynajmniej jest winda, na którą u nas zabrakło funduszy. Sprawa została opisana przez GW oraz znalazła się w głównym wydaniu regionalnych Aktualności TVP3
Ta sprawa jest kolejną kroplą, która prawdopodobnie przepełni czarę goryczy, jaka się we mnie zbiera. Coraz częściej widzę, że w tym kraju nie ma miejsca dla ludzi uczciwych i życzliwych. Bardzo poważnie myślę o wyjeździe do Norwegii, Irlandii lub Austrii i sprowadzeniu tam rodziny, byśmy wszyscy mogli żyć godnie. Niech sobie tutaj rządzą bezduszne osły.









