Wielkie czerwone nieporozumienie.

Zostałem oszukany. Wiedziony bardzo intensywnym wspomnieniem kupiłem sobie gumę Wrigley's Big Red. Jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że smakuje ona najwyżej w 1/100 tak dobrze jak ta, którą jadłem pierwotnie. Pierwsza moja Big Red była sprowadzona z Anglii. Miała ładny jasnoczerwony kolor (a nie jakiś bladoróżowy) i przede wszystkim paliła język mała papryczka. Po wyjęciu jej z ust czuło się wyraźną ulgę, a patrząc na kolor można się było zastanawiać czy ta czerwień to nie przypadkiem od krwi z wypalonego ozorka. A co ja dostałem? Jakąś nędzną popierdółkę, która straciła resztki smaku po dwóch minutach leniwego żucia. ŻENADA.

Kijem w mrowisko

Tragedia czternastoletniej Ani z Gdańska wstrząsnęła Polską. Oburzamy się zachowaniem jej zwyrodniałych kolegów z klasy oraz nieodpowiedzialnością nauczyciela i dyrekcji. Moją uwagę przykuwają jednak inne aspekty tej sprawy. Po pierwsze - dlaczego cała klasa była bierna wobec oprawców? Dlaczego mimo teoretycznej interwencji koleżanek nikt nie wybiegł na korytarz i nie zrobił hałasu? Panika? Możliwe. Możliwe też, że oprawcy sterroryzowali resztę klasy lub po prostu zablokowali wyjście. Po drugie - niezwykle zastanawiająca jest dla mnie postawa matki - jakby nic się nie stało. "Nie chcemy nikogo obwiniać", "no trudno, stało się" i tego typu wypowiedzi. Jest w szoku, czy też wie o rzeczach, dla których napaść kolegów była tylko kroplą przepełniającą czarę?

Drażliwy dzień

Wszystko zaczęło się od tego, że wstałem głodny i jakiś taki bardziej zdrowy niż wczoraj. Lekcje skrócone z okazji otrzęsin klas pierwszych (tz. beania - kto wymyślił taką nazwę?) - generalnie fajny dzień. Jednak jakoś tak dziwnym trafem przyjrzałem się stronie z informacjami wydawniczymi w zbiorze zadań wydawnictwa ZamKor, a tam taki napis: "Zabrania się publikowania rozwiązań zadań zamieszczonych w zbiorze." Już wcześniej widziałem to zdanie, ale jakoś dzisiaj wykiełkowało we mnie przekorne pytanie "Bo co?" Sprawa jest dość istotna i wcale nie banalna.

Po pierwsze: Na jakiej podstawie zakazuje się publikowania rozwiązań zadań? Jest na to paragraf? Jakoś nie wydaje mi się, żeby prawo autorskie twórców zbioru do zamieszczonych w nim zadań obejmowało też rozwiązania. Po drugie: Co mi mogą zrobić? Pogrożą palcem? Idę o zakład, że zapis ten stoi w sprzeczności nie tylko ze zdrowym rozsądkiem, ale też kilkoma prawami obywatelskimi zagwarantowanymi chociażby w konstytucji.

Poza tym co rozumiemy przez publikację? Czy przedstawienie uczniom rozwiązania zadania w czasie lekcji jest publikacją? Według mnie tak, bo przecież udostępniam treść rozwiązania szerokiemu i w zasadzie nielimitowanemu gronu odbiorców - żaden z uczniów nie podpisuje lojalki, że będą trzymać rozwiązania zadań w tajemnicy przed innymi. W sumie sam nie podpisywałem żadnej lojalki z wydawnictwem, więc ten zapis jest nie tylko martwy, ale też głęboko pogrzebany.

Swoje przemyślenia zawarłem w liście otwartym, który wysłałem do wydawnictwa i umieściłem na ichnim forum internetowym (niestety dostępne dla zamkniętego grona nauczycieli). Ponieważ chcę, by list ten dotarł jak najdalej, zamieszczam jego treść poniżej:

Witam, chciałem poruszyć kwestię zakazu publikowania rozwiązań zadań umieszczonych w zbiorze. Adnotacja jest w moim odczuciu dość absurdalna. Jak rozumiem ma ona zapobiec powstawaniu zbiorów z rozwiązaniami zadań, jakie powstały do popularnego swego czasu zbioru autorstwa braci Mendel. Jednak zapis w postaci "Zabrania się publikowania rozwiązań zadań zamieszczonych w zbiorze." jest zbyt ogólna. Gdyby zinterpretować zapis literalnie, to powoduje on kompletną nieprzydatność zbioru i ogranicza swobody obywatelskie użytkownika. Gdybym się do niego zastosował, to nie mógłbym np. przedstawić uczniom rozwiązania w czasie lekcji, gdyż to już byłaby publikacja rozwiązania. Gdyby teraz uczeń pozwolił odpisać podane przeze mnie rozwiązanie nieobecnemu koledze, to także rozpowszechniłby rozwiązanie. Co więcej, jeśli zbiór posiadam tylko ja i np. część zadań omawiam podając rozwiązanie, a część dyktuję do rozwiązania w domu, to zapis z podręcznika w zasadzie nie obowiązuje moich uczniów. W tym momencie dochodzę do następującej kwestii - kogo tak właściwie obejmuje ten zapis i na jakich warunkach? Rozważmy teoretyczną sytuację: moi uczniowie prowadzą Wiki (lub Moodle), w którym wspólnie notują wszystko, co zostało powiedziane na lekcji - łącznie z przykładowymi rozwiązaniami zadań, które mogłem podać na lekcji. W tym momencie moi uczniowie, bez mojej wiedzy, opublikują rozwiązania zadania, które znajdowało się w Państwa zbiorze. Kto w takim układzie jest odpowiedzialny i na jakiej podstawie? Czy odpowiedzialni są moi uczniowie, bo opublikowali podane przeze mnie rozwiązanie - jednak bez świadomości, że pochodzi ono z Państwa zbioru i tym bardziej bez świadomości istnienia w/w zapisu? A może to ja jestem odpowiedzialny, ponieważ podałem uczniom rozwiązanie zadania (czyli kwestia poruszona wyżej)? Kolejną kwestią jest fakt, że taki zapis uderza w podstawowe prawa obywatelskie, szczególnie w prawo do nauki, wymiany myśli, dyskusji. W rezultacie otrzymujemy zbiór zadań, które uczeń może wykonać jedynie samodzielnie, ale nie może się podzielić rozwiązaniem z kolegami np. za pomocą forum internetowego, bo mogłyby mu grozić konsekwencje (tak swoją drogą - jakie i na jakiej podstawie? ustawy o prawie autorskim? dlaczego? a może złamania umowy licencyjnej? jeśli tak, to gdzie jest treść licencji?)

Proszę o wyjaśnienie tej istotnej dla mnie kwestii. Pozdrawiam,
[cenzura ;) ]
nauczyciel fizyki w liceum, libertarianin

Na tym jednak nie koniec. Moje poczucie absurdu wykroczyło poza skalę, gdy wracałem z pracy i słuchałem radia. 800zł dla nierobów - bezterminowo, na zawsze. Dawno się tak nie zirytowałem. To ja zapierdzielam cały tydzień w uciążliwych warunkach i dostaję marne 750zł na rękę, a tu nieroby mają dostawać 800zł ZA NIC! To ja chromolę taki interes. Jak tylko to wejdzie (na szczęście są nikłe szanse, bo nikt takiego debilizmu nie przepuści), to idę na bezrobocie. Będę leżał brzuchem do góry, a pieniążki z podatków tych wszystkich frajerów będą wartkim potokiem płynąć do mojej kieszeni. Zawsze, a nie przez jakieś zakichane pół roku jak teraz. Słuchałem tej audycji dalej. Krew mnie zalewała jak słyszałem co poniektórych wyrażających zdziwienie dlaczego tak wszyscy pomstują na Andrew za tak genialny pomysł - "przecież to się przyczyni do podniesienia płac, bo pieniądze w końcu wrócą" albo "takie oburzanie się to typowy przejaw polskiej mentalności, bo dlaczego inni mają dostać, skoro ja nie dostanę". Od razu widać, że humanoidy wypowiadające takie opinie nie mają choćby mglistego pojęcia jak działa gospodarka i obieg pieniądza. Dobra, nie chcę więcej pisać, bo jeszcze się przekradną jakieś wulgaryzmy, a to nie przystoi nauczycielowi.

A właśnie. Dzisiaj dotarł do mnie list o Jego Wspaniałomyślności Ministra Edukacji i Bogobojności Narodowo-Socjalnej Romana Wielgachnego Giertycha. 40000zł z budżetu (za które kilkoro biednych dzieci mogło mieć darmową zupę w południe) poszło na rozesłanie tych listo-ulotek do szkół. Jeśli jakaś dotrwa do jutra, to może nawet zamieszczę skan. Co wewnątrz? Życzenia zdrowia, szczęścia, bogobojności i gorące zapewnienia, że serce Romeczka bije tylko dla mnie i moich koleżanek i kolegów.

Niech sobie wsadzi.

EDIT 0:37, 19.10.2006
Zwrócono mi uwagę, że w sposób krzywdzacy uogólniam wszystkich bezrobotnych jako nierobów. Przepraszam, nie było to moją intencją. Sam byłem bezrobotnym (nie zarejestrowałem się jednak) i wiem, że ciężko czasem znaleźć pracę zgodną z kwalifikacjami. W powyższej notce piszę jednak przede wszystkim o nierobach, czyli tych bezrobotnych, którzy nie pracują, bo im się zwyczajnie nie chce, bo przeróżne kruczki sprawiły, że bezrobocie jest dla nich dochodowym interesem. Nie orientuję się czy wszędzie są takie same zasady, ale gdzieśtam przysługuje 300zł plus tyle samo na każde dziecko. No to trójka dzieciarów i mamusia to daje w sumie 4x300zł=1200zł na rączkę. Niech mi ktoś powie, bo nie wiem niestety, gdzie by owa mamusia tyle zarobiła? Na kasie w Biedronce? A kto by się dziećmi zajął? Musiałyby pójść do przedszkola, co kosztuje. A dzieci bezrobotnych dostają dofinansowane posiłki w szkole, kolonie, szmery bajery. Po co pracować, no po co?

EDIT2: Przy okazji wyłapałem własną niekonsekwencję ;) Najpierw napisałem, że za te 40tys. wydane na propagandę Giertycha kilka biednych dzieci miałoby zapewniony posiłek, a potem, że dzieci bezrobotnych dostają posiłek i że to niby coś złego. Otóż ja rozróżniam między dziećmi bezrobotnych a dziećmi z biednych rodzin (albo z domów dziecka). To jest jak dla mnie różnica. Bo bezrobotny może być nierobem i jego dziecko dostaje michę, bo mu się należy, a inni mogą być biedni, bo np. przez długi ojca pijaka/hazardzisty komornik wszedł czy cośtam i mają 5zł dziennie na życie. To jest różnica.

Szok

Wychodzę z założenia, że o reprezentacji Polski w piłce nożnej mówi się jak o zmarłym - albo dobrze, albo w ogóle. Po wygranej z Kazachstanem słychać było głosy ulgi, że "uff, wygraliśmy, jest jakaś słaba szansa, ale Portugalia to jeden z najlepszych zespołów świata i w ogóle przechlapane". Jednak to, co wydarzyło się wczoraj na Stadionie Śląskim da się skomentować tylko w jeden sposób: POLAND PWNS! Portugalia dostała porządnie w dupę i gdyby nie to, że są cholernymi fuksiarzami, to by przegrali 5:0. Nasuwa się od razu pytanie - czy to nasi grali tak dobrze i w końcu zaczęli wykorzystywać potencjał, czy też cały skład Portugalii miał niesprzyjający biorytm ;) Skłaniałbym się raczej ku pierwszej opcji. Beenhakker obudził chłopaków z letargu i pokazał, że nasi mają głęboko skrywane możliwości i potrafią grać piłkę na wysokim poziomie. Byle tak dalej!