Nie uznaję dysleksji, dysgrafii i innych tego typu przypadłości.
Uważam, że są one efektem rozpieszczenia i lenistwa. Np. we
Wrocławiu jest przychodnia, która rozdaje zaświadczenia o dys* od
ręki - wystarczy przyjść i pomarudzić. A papier to luz totalny:
Można bazgrać jak kura pazurem, można robić kupę błędów, można
dosłownie wszystko. Osoby z papierkiem luzują się totalnie i
nie robią nic, żeby z chorobą walczyć.
Mój pomysł na walkę z tym stanem jest następujący:
- Zweryfikować przychodnie i zlikwidować wszystkie wydające lewe
zaświadczenia.
- Przychodnie powinny otworzyć zajęcia rehabilitacyjne. Delikwent
dostaje papier, ale jest zobligowany do uczęszczania na zajęcia, na
których ćwiczy zasady poprawnej pisowni i kaligrafię.
- Idąc tropem z poprzedniego punktu szkoły powinny wymagać
zaświadczeń, że dany delikwent na dany kurs chodzi. Jeśli
zaświadczenie nie zostanie doniesione, to zdejmowany jest parasol
ochronny - widocznie osoba już jest zdrowa.
Takie rozwiązanie ma same plusy - osoby, które faktycznie mają
problemy, dostają okres ochronny na czas walki z upośledzeniem. Po
odbytym szkoleniu ich sposób pisania nie powinien wiele odbiegać od
standardu - społeczeństwo dostało prezent w postaci kolejnej osoby
dbającej o ojczystą mowę.
Dziękuję za uwagę.